Nie ma czegoś takiego jak pech - jest ew. większe lub mniejsze prawdopodobieństwo jego wystąpienia, a my mamy na to wpływ. Jeżeli w coś wkładamy serce, robimy to z pasją to w ten sposób zmniejszamy prawdopodobieństwo wystąpienia pecha. Biorąc pod uwagę kwantową konstrukcję wszechświata i mając w świadomości, że w fizyce kwantowej nie ma nic pewnego, a jedynie jest większe lub mniejsze prawdopodobieństwo wystąpienia jakiegoś zjawiska, to mamy naukowe wytłumaczenie pojęcia “karma”.

Rano wychodzac z domu zabieram wszystkie rzeczy podręczne leżące na szafce przy wyjściu. Leży tam też monteta 1 zł - waham się czy ją zabrać czy nie ale finalnie stwierdzam, że drobniak w kieszeni będzie mi przeszkadzał. Wychodzę z domu bez tej złotówki.

Jade do firmy i ok 9:00 jestem na miejscu. Załatwiam szybko sprawy bieżące bo na godz. 11:00 musze być w sądzie na rozprawie żeby dostarczyć jeden papierek - jak go nie dostarcze to grzywna 5 tys. zł. Planuje wyjechać z firmy 10:30, żeby na spokojnie zdążyć. Jedno spotkanie, drugie - o nie - już 10:35. Wychodze. Na schodach spotykam programiste, z którym wcześniej chciałem pogadać ale nie zdążyłem więc kolejne 5 minut.

Mam na dotarcie z Pragi na Marszałkowską jakieś 20 minut, a odkąd brakuje jednego mostu to Poniatowski o tej porze jest zapchany. Przejeżdzam połowe trasy i zdaje sobie sprawę, że nie zabrałem tego dokumentu, który mam pokazać w sądzie. Dzwonie do biura, żeby wysłali mi go na e-mail - obok sądu jest punkt ksero więc tam już sobie wydrukuje. Na szczęście most Poniatowskiego nie jest jakoś strasznie zapchany. Docieram 10:54 na miejsce ale oczywiście problem z parkowaniem. Robię dwa kółka i udaje się znaleźć miejsce - parkuje - jest 10:58.

Mam 2 minuty więc biegiem do punktu ksero, żeby wydrukować dokument. Cholera - na drzwiach karteczka - wracam za 10 minut. Szybka kalkulacja i stwierdzam, że najwyżej w sądzie pokaże na telefonie i poprosze o chwile przerwy, żeby wydrukować. Biegiem pod sale rozpraw bo już 11:00 - nerwowo pytam jakiegoś adwokata czekającego przed wejściem czy to już ta rozprawa. Na szczęście jest opóźnienie. Po chwili wychodzą ludzie z poprzedniej rozprawy - okazuje się, że przerwa 5 minut. Chwila namysłu i stwierdzam, że warto to wykorzystać, żeby wydrukować dokument. Zbiegam na dół i widzę, że pani w kiosku ma punkt ksero - pytam czy może mi też coś wydrukować - niestety tylko ksero. Pytam czy gdzieś tu w pobliżu jest punkt gdzie mogę coś wydrukować - okazuje się, że na ul. Wspólnej 200 metrów stąd.

Cenne minuty uciekają - wychodzę z sądu i szybkim krokiem zmierzam na ul. Wspólną. Już widzę szyld Ksero - patrzę na zegarek - uda się. Jakaś kobieta, która szła tuż za mną, na 10 metrów przed wejściem, wyprzedza mnie i zaczyna biec. Myślę - niemożliwe, że ona też do tego ksero więc zachowuje spokój ... no i własnym oczom nie wierzę. Kobieta skręca do punktu ksero. Co za niefart! Ale nic - przerwa w poprzedniej rozprawie 5 minut, pewnie z 5 minut jeszcze po przerwie będą ogłaszali wyrok - stwierdzam, że dam rade. Wchodzę do ksero - kobieta, która weszła przedemną oczywiście ma stertę dokumentów do kopiowania ... i spieszy się na pociąg. Czekam. Na szczęście pani w punkcie ksero jest wielozadaniowa, więc wysyłam na jej adres e-mail dokument do druku i po kilku minutach mam go.

Myślę sobie ile to będzie kosztowało - patrze w portfel, żeby się przygotować do szybkiej płatności, a w nim same setki. Myślę sobie o tej złotówce, której rano nie wsadziłem do kieszeni ale ... nie. Na pewno nie będzie to kosztowało 1 zł. Jakby kosztowało 1 zł i jakbym wziął rano wychodząc z domu tę złotówkę to bym szybko zapłacił i mógł wracać do sądu bo czas ucieka. Cenę 1 zł przyjmuję z niedowierzaniem. Oczywiście pani ma problem z wydaniem reszty ze 100 zł ale po kilku minutach coś udaje się uzbierać i biegiem wracam do sądu. Wbiegam przed salę rozpraw - uff - na szczęście jeszcze poprzednia rozprawa się nie zakończyła. Zagaduje adwokata czekającego przed salą - okazuje się, że reprezentuje drugą stronę w mojej sprawie. Rozmawiamy i od słowa do słowa dochodzimy do wniosku, że ta rozprawa jest bez sensu. On dzwoni do swojego mocodawcy i dochodzimy do porozumienia poza sądem. Kurtyna idzie w dół.


Jakie wnioski można wyciągnąć z tej niby mało znaczącej historii? Zdarza mi się czasami, że zrobię coś na tzw. “odwal się” - w tym wypadku nie chciało mi się zabrać tej złotówki i wsadzić jej do kieszeni - banał. Patrząc na ludzi dookoła też często dostrzegam tego typu podejście, że zamiast zrobić coś porządnie, wsadzić w to serce to robią coś po linii najmniejszego oporu, a potem dziwią się, że mają “pecha” - coś poszło nie po ich myśli. Nie ma czegoś takiego jak pech - jest ew. większe lub mniejsze prawdopodobieństwo jego wystąpienia, a my mamy na to wpływ. Jeżeli w coś wkładamy serce, robimy to z pasją to w ten sposób zmniejszamy prawdopodobieństwo wystąpienia pecha. Biorąc pod uwagę kwantową konstrukcję wszechświata i mając w świadomości, że w fizyce kwantowej nie ma nic pewnego, a jedynie jest większe lub mniejsze prawdopodobieństwo wystąpienia jakiegoś zjawiska, to mamy naukowe wytłumaczenie pojęcia “karma”. To nic innego jak roztaczanie wokół siebie pozytywnej energii, wkładanie serca w to co się robi, a w ten sposób zwiększanie prawdopodobieństwa wystąpienia pozytywnych rzeczy w naszym życiu.