To co wydarzy się w przeciągu najbliższych 10 lat wywróci do góry nogami świat jaki znamy. Czy nasz obecny system jest gotowy na w miarę gładkie przejście do nowej rzeczywistości? Czy rewolucja jest nieunikniona, czy raczej ewolucyjnie uda się wejść do nowego świata?

Żeby zrozumieć przyszłość w pierwszej kolejności trzeba wiedzieć jak działa obecny system oparty o pieniądz. Skąd się on bierze? Każdy wydrukowany dolar to jest dług zaciągany przez rząd amerykański, a wiadomo, że każdy dług/kredyt musi być oprocentowany. Jeżeli moja firma bierze kredyt, to żeby spłacać odsetki od tego kredytu moja firma musi rosnąć o większy procent w danym okresie niż wynoszą odsetki od tego kredytu.

Przykładowo - moja firma zarobiła 100 tys. zł w 2015 roku i rośnie w tempie 10% rocznie. W roku 2016 powinna więc zarobić 110 tys. zł, a w roku 2017 kwotę 121 tys. zł. Ale powiedźmy, że w styczniu 2016 roku wziąłem kredyt na 1 mln zł bo musiałem kupić nową maszynę do firmy. Kredyt wziąłem na 12 lat, a jego oprocentowanie wynosiło 10% rocznie. Nie licząc spłaty samej kwoty kredytu co roku muszę spłacić 10% odsetek - żeby było prościej przyjmiemy, że spłatę kwoty kredytu robię jednorazowo po okresie 12 lat, a w międzyczasie co roku płacę tylko same odsetki.

Co roku muszę więc płacić odsetki od kredytu w równej kwocie 100 tys. zł. (1 mln zł x 10%). Pierwszej płatności muszę dokonać na koniec 2016 roku. Na koniec roku 2016 moja firma miała więc zarobić 110 tys. zł. Jeżeli zapłacę odsetki od kredytu zostanie mi 10 tys. zł - szału nie ma ale coś mi tam jednak zostaje - ufff. W kolejnym roku moja firma zarobi 121 tys. zł ale znowu muszę zapłacić 100 tys. zł odsetek od mojego kredytu więc zostaje mi 21 tys. zł - jest trochę lepiej. W kolejnych 10 latach rosnąc 10% rocznie i spłacając odsetki na koniec okresu kredytu zostanie mi w sumie jakieś 1,12 mln  zł, a z całego okresu 12 lat kwota 1,15 mln zł. Czyli mam  na spłatę kredytu i wszystko jest w porządku.

Jeżeli jednak nagle nasza firma przestałaby rosnąć 10% rocznie, a np. rosłaby 5% rocznie to nagle mielibyśmy problem bo po 12 latach nie uzbierałby nam się 1 mln zł, żeby spłacić kwotę kredytu. Oczywiście na koniec okresu kredytu moglibyśmy brać kolejny kredyt, żeby spłacić obecny kredyt ale jak firma nie jest w najlepszej kondycji to banki mogą dać nam kredyt ale z większymi odsetkami - oczywiście upraszczam sytuację maksymalnie jak się da bo w rzeczywistości oprocentowanie kredytów zależne jest jeszcze od kilku innych czynników. Bierzemy więc kolejny kredyt, większe odsetki, firma rośnie z roku na rok coraz wolniej i znowu nie ma na spłatę kredytu, bierze kolejny i tak zapętla się w spirali zadłużenia.

Teraz przyjmijmy, że ta przykładowa firma to jest jakiś kraj - powiedźmy, że jest to Polska. Wzrost gospodarczy w Polsce mamy całkiem ok - chyba za ostatni rok było to jakieś 4%, więc nasza firma rośnie dosyć szybko. Niestety inne kraje nie są taką zieloną wyspą jak my i ich gospodarki nie rosną. Ich rządy, żeby pobudzić wzrost obniżają stopy procentowe, żeby banki mogły udzielać tanich kredytów na rozwój gospodarki. Niestety te stopy już są w okolicach zera, a wzrostu w tych krajach jak nie było tak nie ma. Zawiodły tzw. metody monetarne stymulacji rozwoju gospodarki - stopy procentowe na samym dnie, a gospodarka nadal nie rośnie. System zawodzi.

Kiedyś działało, a teraz już nie działa. Jeżeli dana gospodarka nie rośnie, a pieniądze które wcześniej “drukowała” były drukowane pod jakiś dług / “na kredyt”, który był jakoś oprocentowany, to wiemy jak się to skończyło w wypadku naszej przykładowej firmy - nie było jej stać na spłatę kredytu.

Gdzie w obecnych czasach, w których zawodzą tradycyjne metody stymulowania wzrostu gospodarki szukać tego wzrostu?Jakieś 5 lat temu pierwszy raz w historii współczesnego świata mieliśmy sytuację, że więcej pieniędzy ludzie zarobili z aktywów niż z własnej pracy. Co znaczy zarobić z aktywów? Powiedźmy, że ktoś ma mieszkanie, które dostał od babci i to mieszkanie jest jego aktywem - mieszkanie wynajmuje i nie musi dzięki temu pracować. Zarabia więc na swoim aktywie. Ktoś inny, żeby zarobić musi pracować - chodzić do pracy i wykonywać jakąś pracę, za którą dostaje pieniądze.

Zastanówmy się co oznacza ta sytuacja, że więcej pieniędzy produkują aktywa niż praca ludzi? Jakby powiedział to Ryszad Petru to chodzi o rubiego konia (hermetyczny żart polityczno-branżowy), a poważnie chodzi o to, że przekroczyliśmy Rubikon. Czyli takie miejsce, po przekroczeniu którego nie ma już odwrotu i sytuacja może się tylko pogłębiać. Coraz więcej pieniędzy będzie zarabianych z aktywów niż z pracy. Strategia na przyszłość - trzeba mieć aktywa, które będą mogły za nas pracować.

Co może być takim aktywem - może być wspomniane już wcześniej mieszkanie ale mogą to też być akcje jakiejś firmy - powiedźmy Amazon, która doszła już do takiego poziomy automatyzacji, że nie zatrudnia nikogo i generuje zyski. Albo może akcje Uber, który kupił te 100 tys. autonomicznych Mercedesów i nie musi już zatrudniać kierowców, więc zarabia grubą kasę i może dzielić się tą kasą ze swoimi akcjonariuszami wypłacając im dywidendę.

No dobra to co z tym naszym wzrostem gospodarczym? Bo cały czas go nie znaleźliśmy. Gdzie go szukać? Jeżeli już ustaliliśmy, że w przyszłości ludzie będą więcej zarabiać z aktywów niż ze swojej pracy to co się stanie z ceną tych aktywów jeżeli wszyscy nagle się na nie rzucą. Jak dużo ludzi chce coś kupić to cena tego rośnie. Powiedźmy, że tym aktywem będą akcje spółek giełdowych - dla ułatwienia technologicznych - czyli takie, w których na koniec dnia nikt nie będzie musiał pracować, a będą one zarabiały pieniądze (znowu trochę upraszczam i przerysowuje). 

Znowu posłużmy się przykładem. Załóżmy, że jedyna firma która zostaje na świecie nazywa się Google. Jacyś ludzie są właścicielami akcji tej spółki - mają swoje aktywo. Powiedźmy, że w sumie wszystkich akcji Google (100%) jest 100 mln szt. i każda z nich warta jest 100 USD, czyli cała firma Google warta jest 10 mld USD (100 USD x 100 mln szt. akcji). Jeżeli teraz nagle dużo ludzi będzie chciało kupić akcje Google to aktualni ich właściciele chcąc na nich zarobić będą chcieli je sprzedać drożej niż je kupili. 

Powiedźmy, że część z nich wystawi swoje akcje na sprzedaż za 110 USD, żeby zarobić jednorazowo na ich sprzedaży 10 USD. Reszta będzie je trzymać i czekać na to, że może w przyszłości uda się je sprzedać drożej. Jak ta pierwsza część wystawi swoje akcje na sprzedaż po 110 USD to pewnie znajdą się jacyś ludzie, którzy wcześniej pracując ciężko zarobili jakąś kasę i teraz chcą ją zainwestować więc odkupią te akcje od ich obecnych właścicieli po 110 USD. Czyli ich cena nabycia będzie 110 USD. Żeby zarobić na tych akcjach będą musieli je sprzedać drożej powiedźmy po 120 USD. 

Jest oczywiście jeszcze jeden sposób zarabiania na akcjach - jeżeli dana spółka zarabia kasę / ma zysk to wypłaca swoim akcjonariuszom tzw. dywidendę - czyli dzieli się tym zyskiem, który wypracowała. Jeżeli nasze Google na koniec dnia nie będzie musiał nikogo zatrudniać bo wszystko będą robiły za ludzi algorytmy to nie będzie miało za dużo kosztów więc ich zysk może być spory. Powiedźmy, że Google będzie zarabiało 1 mln USD rocznie i całą tą kasą będzie się dzieliło z akcjonariuszami. Powiedziałem wcześniej, że wszystkich akcji Google jest 100 mln szt. - jeżeli więc Google będzie za dany rok chciał wypłacić 1 mld USD dywidendy to znaczy, że jedna akcja w danym roku zarobi ekstra 10 USD. To czy kurs tej akcji w tym czasie wzrośnie czy nie wzrośnie nie ma znaczenia - każdy kto w momencie wypłacania dywidendy ma jedną akcję Google dostanie 10 USD wypłaty. Jak ktoś ma 100 akcji to dostanie 1 tys. USD, a jak ktoś ma 1.000 akcji to dostanie 10.000 USD itd. Warto więc mieć dużo akcji bo jak ma się dużo to dostanie się więcej tego zysku wypracowanego przez spółkę. 

Piękna sprawa - nie trzeba pracować, a dostaje się kasę. Nawet jak kurs akcji nie rośnie to ja i tak dostaje moją wypłatę bo spółka zarabia i dzieli się ze swoimi akcjonariuszami tym zarobkiem. 

Jak ten scenariusz może potoczyć się dalej? Jedni ludzie zobaczą, że inni nie muszą pracować i zarabiają kasę więc będą chcieli też mieć tak samo jak tamci. Będą więc za oszczędności kupować te akcje. Tych akcji jakoś więcej za bardzo nie będzie bo jest ich stała liczba. Obecni właściciele będą więc je wystawiać na sprzedaż niechętnie, a jeżeli już je wystawią to tak, żeby zarobić więcej niż zarabiają z dywidendy - czyli powiedźmy wystawią je na sprzedaż po 140 USD. No i ktoś kupi te akcje po tej cenie, a potem znowu wystawi drożej itd. - biznes będzie się kręcił, a kurs akcji będzie szedł w górę. Do jakiego momentu? A może i w nieskończoność, bo będzie to fundament funkcjonowania nowej gospodarki, w której ludzie nie muszą już pracować. 

Wszystko oczywiście będzie rosło w miarę równo bo cały czas będą obowiązywały zasady starej gospodarki, czyli oprocentowanie będzie miało znaczenie. Co to oznacza z tym oprocentowaniem? Jeżeli wiem, że w tym momencie mój kapitał / aktywo może pracować w tempie 10% rocznie - powiedźmy, że za miałem 1 mln zł oszczędności, kupiłem za to mieszkanie, które wynajmuje komuś za 100 tys. zł rocznie. Zarabiam więc ma moim zainwestowanym kapitale 10% rocznie. Jeżeli akcje mogą dać mi większy zwrot to zaczynam się zastanawiać, czy czasem nie kupić akcji. Jeżeli dużo ludzi chce wynająć swoje mieszkania to cena wynajmu spada więc zarabiamy mniej na pieniądzach zainwestowanych w mieszkania itd.

Gdzie więc ten wzrost gospodarki, który jest tak nam wszystkim bardzo potrzebny, żeby te pieniądze, które zostały nadrukowane przez nasze rządy mogły się “spłacać”? Ano wzrost jest na tzw. rynkach kapitałowych. Jeżeli w tym momencie w Polsce jest w sumie jakieś 40 tys. aktywnych rachunków maklerskich - czyli 40 tys. osób inwestuje w akcje. Na 23 mln dorosłych Polaków to nie jest jakaś powalająca liczba. Co by było jakby nagle ludzie stwierdzili, że to całe inwestowanie w akcje ma jednak sens bo chcą zarabiać na aktywach, a nie ciężko pracując? Powiedźmy, że nagle 1 mln osób otwiera rachunki maklerskie i powiedźmy, że każda z tych osób inwestuje w giełdę 10 tys. zł rocznie. Mamy więc 10 mld zł nowych pieniędzy na giełdzie - to jest bardzo dużo bo teraz wszystkich pieniędzy na warszawskiej giełdzie jest jakieś 507 mld zł (kapitalizacja/wartość wszystkich 486 spółek notowanych na GPW). Biorąc pod uwagę, że stan na rok 2015 wskazuje, że Polacy trzymali w bankach 620 mld zł oszczędności, a tylko 30 mld w akcjach spółek giełdowych więc potencjał wzrostu jest duży. Fakt, że połowa z tej kasy należy do 10% najbogatszych Polaków (zarabiających powyżej 5 tys. zł / m-c sic!) trochę komplikuje sprawę ale cały czas oznacza to, że z 20 mln dorosłych rodaków ma średnie oszczędności na poziomie 15 tys. zł (średnia nie jest tu najlepszą miarą ale powiedzmy, że mniej więcej pokazuje obraz sytuacji).

Mamy więc piękną sytuację gdzie to co zgromadziliśmy do tej pory będzie można wymieniać dalej na kolejne aktywa, które będą określały na koniec dnia ile pieniędzy zarabiamy. Jak nie mamy aktywów to musimy pracować, żeby finalnie te aktywa kupić. Wtedy nie będziemy musieli pracować, bo będą za nas pracowały nasze aktywa.

Większość z Was już pewnie dostrzegła dokąd zmierza moje rozumowanie. Pewnie niektórzy już mają mnie za wariata. Wzrost gospodarczy może wystąpić na rynkach kapitałowych? Bo dlaczego cena akcji Google ma być 100 USD, a nie 1.000 USD? Jeżeli firma rośnie, obniża koszty bo nie potrzebuje ludzi do pracy to zarabia cały czas więcej … i moim zdaniem może się tak dziać w nieskończoność. Dlaczego dla Google/Alphabet jest obecnie wskaźnik p/e=30? Dlaczego nie 300? Przecież to wszystko zależy od tego ilu będzie chętnych zainteresowanych kupieniem tego aktywa.

Obecny system jest jednak super bo przewiduje nawet tego typu sytuacje - chciałbym poznać geniusza, który to tak dobrze sobie wykombinował. Możemy spać spokojnie nasza cywilizacja nie upadnie … albo przynajmniej potrwa to trochę dłużej niż mi się do tej pory wydawało ;-)

Dobranoc i powodzenia!